3/03/2019

Projekt denko - luty 2019

Projekt denko - luty 2019
Wracam z projektem denko... Sama przed sobą przyznałam, że podgląd na zużyte rzeczy działa na mnie stymulująco. 
Obiecuję sobie w tym wszystkim systematyczność i regularność - tak, aby nie przytłaczał mnie natłok śmieci. Postaram się pokazywać faktyczne zużycia miesięczne. Nawet jeśli zużyję tylko pastę do zębów. ;) Nie robię tego na pokaz. 

Nie przedłużając. W lutym pożegnałam:

1. Wodę perfumowaną Black Opium YSL - dostałam w prezencie i żałuję, że się skończyła. Podobał mi się ten słodko - wytrawny aromat z delikatną nutką kawy. Niestety nie jestem zadowolona z trwałości. U mnie trwała ona max. 1 godzinę od użycia a więc stanowczo, stanowczo poniżej oczekiwań. Z tego powrotu nie przewiduję powrotu. 


 2. Essie Good to go - top coat - byłam z niego bardzo zadowolona. Dobrze współpracował nie tylko z lakierami Essie. Pod koniec trochę się zglucił ale był bardzo, bardzo wydajny. 
Obecnie testuję top coat markie Ella+Mila - także nie planuję powrotu. 

 3. Korektor w pędzelku Bell - niestety starła się nazwa i odcień ale korektor sprawował się wyśmienicie. W ogóle dzięki niemu odkryłam, że bardzo mi odpowiada taki sposób aplikacji korektora. W chwili obecnej mam podobny z rossmannowskiej marki SinSkin.

 4. Dezodorant w kulce Biopha o zapachu granatu, pachniał bardzo ładnie ale wywiązywał się ze swojej naczelnej funkcji. Nie będzie powrotu. 

 5. Kolejny dezodorantowy  zawód na liście  - nigdy więcej. Lavera - nie, nie i jeszcze raz nie!

 6. Kakaowe masło do ciało Make me Bio - jestem na nie, krótko mówiąc. Spodziewałam się porządnego nawilżenia a nawet natłuszczenia tak jak to jest w przypadku prawdziwego masła kakaowego. Niestety, to masło w ogóle go nie przypomina. Mało tego - w ogóle się nie wchłania - a rozmazuje na ciele. No serio! Moja skóra po kąpielach słonecznych i morskich naprawdę wymaga odżywienia a tutaj zonk! Okropnie irytujące. NIE NA PEWNO NIE I JESZCZE RAZ NIE.


7. Tess - żel do higieny intymnej - dostałam na jednym ze spotkań blogerskich. Nigdy wcześniej nie miałam okazji używać kosmetyków tej marki. Jestem bardzo pozytywnie zadowolona. Żel doskonale spełnia swoje funkcje. Delikatnie myje, nie podrażnia. Skutecznie odświeża. Jeśli będę miała okazję, z pewnością znów się spotkamy.  



 8. Podkład w płynie Bobbi Brown - jak widać wylizany do granic możliwości. Bardzo mi odpowiadał i kolorystycznie i jeśli chodzi o walory pielęgnacyjne. Zawiodła trochę pompka - pod koniec kosmetyk było bardzo ciężko wydobyć - posiłkowałam się patyczkami higienicznymi. 


 9. Dwa zapachy - pierwszy to nieznana mi arabska kompozycja drzewa, skóry, wanilii, tabaki, dymu drzewnego - niesamowity zapach, głównie na wieczorne wyjścia. Głęboki i zmysłowy. 
Kolejna miniaturka Chloe jedynie potwierdziła moje spostrzeżenia, że ten zapach na mojej skórze rozwija się brzydko i pachnie jak zwykłe tanie perfumy. Nie. 



Zużywasz? Kupujesz? Czy wszystko mieszasz ?
Znasz któryś z wyżej wymienionych kosmetyków?

2/19/2019

Historie kąpielowe z Nacomi i Full Mellow

Historie kąpielowe z Nacomi i Full Mellow
Sezon kąpielowy trwa w najlepsze... Po styczniowych wakacjach i słonecznych kąpielach, moja skóra pragnie natłuszczania. I je dostaje! Preferowana forma - kąpielowa! Mówiąc szczerze, jestem zbyt leniwa na wcieranie balsamów po dłuższej kąpieli. 

Puder do kąpieli Nacomi - to nie nowość w mojej łazience. Miałam już wcześniej wersję grecką
i podobała mi się, na tyle, że wybrałam powtórnie. Tym razem o zapachu herbaty.


Powiem od razu, jeśli spodziewasz się gęstej piany, będziesz zawiedziony. Tutaj mamy do czynienia bardziej z pianką niż pianą. Zapach zielonej herbaty też jest, umówmy się względny. Na pewno jest świeży. I mi się to podoba.

 Bogaty skład (między innymi: masło Shea, olej ze słodkich migdałów oraz olej avocado) fantastycznie odżywia skórę, natłuszcza w sposób optymalny ( nie mam wrażenia, że wychodzę z wanny jak tłusta foka, chociaż jak przesadzimy z ilością to takie zjawisko może mieć miejsce. Można wyjść nawet jak lew morski!).  

Jestem na tak - mnie puder wystarcza zwykle na 4 razy i nie żałuję sobie!
Do kupienia między innymi w sklepie ezebra - klik Cena to ok. 15 złotych za saszetkę.
Na pewno będę chciała pozostałe warianty zapachowe. 


 Kula kąpielowa Full Mellow -  - pachnąca latem, morzem i świeżością również jest nasycona dobroczynnymi olejkami: kokosowym, ze słodkich migdałów, avocado.



Musując w kontakcie z wodą kula tworzy fantazyjne wzory (kojarzące się z bombami Lush). Skóra po kąpieli jest optymalnie natłuszczona. Dawka tej pielęgnacyjnej terapii pozwala na wybory relaks w zaciszu własnej łazienki. Zapach nie jest niestety tak trwały jak w przypadku kul Lush i tylko nad tym ubolewam.


Polecam uwadze kule do kąpieli z Full Mellow, bo choć nie przebiły moich Lushowych ulubieńców, to z pewnością są świetną rodzimą alternatywą.


A jak u Ciebie? kąpiel czy prysznic?

2/16/2019

Sri Lanka - ciekawostki

Sri Lanka - ciekawostki
Kontynuując cykl mojej lankijskiej przygody, dzisiaj zapraszam na wpis o ciekawostkach tego kraju. Subiektywnych, oczywiście :) 


1. Słoń lankijski i spełnione marzenie - zobaczyć słonia na wolności!
Słonie lankijskie różnią się od tych, które widziałam w Tajlandii. Mają bardziej pełne kształty, delikatniejszą skórę i mniej włosów na nich. Tak jak w Tajlandii jednocześnie się je kocha i nienawidzi. Dlaczego? Po pierwsze to zwierzę znane od tysiącleci jako towarzysz człowieka - były przecież słonie bojowe. Trzeba powiedzieć, że słonie do dzisiaj ciężko pracują na rzecz człowieka (przy karczowaniu dżungli, przenoszeniu ciężarów). Są również wykorzystywane w turystyce. Stanowią jednak poważne zagrożenie dla ludzi tam mieszkających. Z uwagi na fakt, że mają coraz mniej miejsca do życia i jedzenia (poprzez nadmierną ekspansję człowieka) to wtargają na powierzchnie zajmowane przez ludzi, siejąc spustoszenie, niszcząc domostwa i uprawy. Warto tutaj zauważyć, że na Sri Lance jest mnóstwo bezpańskich psów. Generalnie, Lankijczycy nie trzymają w domach psów - jednak często dokarmiają te "niczyje" i są chętnie widziane przy domostwach, bo pełnią rolę ostrzegawczą - mianowicie szczekają kiedy wyczują słonia i ludzie mają szanse wcześniejszej ewakuacji. 
Wielu ludziom nie jest obcy los tych przepięknych zwierząt i organizowane są różnego rodzaju sierocińce, miejsca ostoi itp. dla słoni. Tutaj też można mieć dylematy moralne. W Tajlandii nie odniosłam zbyt dobrego wrażenia. Słonie były stłoczone w stosunkowo małym miejscu, przykuwane łańcuchami. Tutaj widziałam miejsce dla słoni, gdzie przebywały na wolności, powiedzmy dozorowanej. Miały mnóstwo miejsca, przy okazji pożywienia, były codziennie kąpane i wyprowadzane na kąpiel do rzeki. Z ich kupy pozyskiwany jest papier. Ej, nie ma co się krzywić - słoń jest roślinożercą. Zjada same przysmaki, z których potem wyrabia się papier i związane z tym ozdoby. 
Słonia lankijskiego miałam okazję oglądać jeszcze kilka razy. Na jeepowym safari - mieliśmy niebywałe szczęście, bo widzieliśmy ich całe rodziny, stada, a z 50 ! Piękny widok, w pewnym momencie przestaliśmy już liczyć...Malutkie, ogromne samce...a wszystko to w naturalnych warunkach. 
Jednak to co zapadnie mi w pamięć na zawsze to słoń na środku drogi.  
Tak! Tak jak u nas można zobaczyć no nie wiem, łosia? to tutaj jadąc autobusem, normalną drogą - kierowca stanął. Ci z na przeciwka też. Nikt za bardzo nie wiedział o co chodzi.. Miałam szczęście i siedziałam na początku autobusu. W pewnym momencie przez ulicę spokojnym, dostojnym krokiem przeszedł słoń. Tak po prostu. Postał chwilę, kierowcy wyłączyli długie światła. Popatrzył, popatrzył i ruszył do las. To piękne i zarazem smutne doświadczenie. Widać jak na dłoni, jak bardzo te wielkie zwierzęta mają ograniczone miejsce bytowania. Wszędzie wciska się ten najgorszy gatunek zwierząt - człowiek. 



2. Boso - inaczej nie wejdziesz!
Po większości świątyń buddyjskich chodzi się boso. Nawet nie tylko po pomieszczeniach gdzie znajdują się jakieś pomniki, tylko po całych kompleksach. Dla mnie to akurat prawdziwa przyjemność. Dla niektórych okazał się to nie lada problem. Prosta sprawa - albo boso albo wcale. Jak najbardziej szanuję.
Z ciekawostek - wszędzie są kamienne "wycieraczki" przy wejściach do świątyń, są przepięknie (bardzo często z ornamentami roślinnymi, ważnymi dla buddyzmu zwierzętami), zdobione z kamienia księżycowego (Moonstone). Uważa się, że zmywa on wszystkie nieczystości - więc wierni oczyszczają się przed wejściem do świątyń. 


 3. Sarkofag? Nieee to ajurwedyjska wanna! 

Kiedy stanęłam przed tym pomnikiem, byłam nieco skonfundowana (tym bardziej, że było ich kilka) Pusty grobowiec? Mała trumienka - nawet wygodna, myślę sobie, jest miejsce na głowę ;) Okazało się, że to wanna, w której przygotowywano do masażu ajurwedyjskiego. Człowieka namaszczano w niej tymi wszystkimi olejkami. Czyli można powiedzieć home spa w wersji antycznej. 
A propos masażu ajurwedyjskiego to miałam przyjemność z niego korzystać. Przewspaniałe uczucie. Rozpoczynał się lekką sauną (ja i sauna to nie jest dobry pomysł) ale naprawdę była delikatna i nie ma co się bać ;) Później miał miejsce masaż. Zaczynając od głowy wcierano w ciało olejki i uciskano, uciskano - można było odpłynąć totalnie. Na koniec znowu szybka sauna - ale o niższej temperaturze i jakiś ziołowy napar. Czułam się jak nowonarodzona. 


 4.  Fioletowy lotos to jeden z symboli Sri Lanki. W ogóle kwiaty są na każdym kroku. Zwłaszcza w świątyniach. Pachną niesamowicie. W tym okresie kiedy byłam nie kwitła plumeria, były tylko gołe drzewa. Można sobie wyobrazić jak to wygląda gdy wszystko jest jakby oprószone śniegiem.


 5. Szacunek. 
Uważam, że przed wyjazdem do danego państwa, gdzie obowiązuje inna kultura trzeba zapoznać się z pewnymi zasadami. Jedną z najważniejszych jest szacunek do religii. Często powtarza się, że nie można robić sobie zdjęć na tle Buddy, nie można wspinać się na jego pomniki, bo jest to po prostu bezczeszczenie kultu religijnego. Niestety zdarza się to dość często. Wyobraź sobie, że jedna z turystek postanowiła zrobić sobie słit focię i siadła Buddzie na kolana w jednej ze świątyń. Oczywiście podzieliła się tym zdjęciem w social mediach i wywołała burzę - przewodnik jej wycieczki został surowo ukarany.  Mam nadzieję, że ona też. Trzeba piętnować takie zachowania!

6. Maski - i dlaczego lankijczycy kochają kobry!

Szczerze mówiąc nie jestem szczególną fanką ani znawczynią masek. Nie kolekcjonuję ich, nie interesuję się tematem.
Podczas wyprawy mieliśmy możliwość zapoznać się z rodzajami masek lankijskich a także poznać różnego rodzaju drewna z których są tworzone. Jedne maski symbolizują przyjaźń, drugie mają zapewnić dobrobyt, zdrowie.
Najwięcej jednak było masek z wizerunkiem kobry. Okazało się, że kobra to symbol opieki - Protektora - często jej wizerunek widnieje na maskach i innych ozdobach lankijskich domostw. 



 7. Waluta -rupia lankijska jest jedną z najpiękniejszych walut jakie widziałam. Zamiast twarzy polityków, króli itp. = na banknotach widnieją różne gatunki zwierząt. Przy tym jest bajecznie kolorowa.! 



8. Autobusy - ogromne wrażenie zrobiły na mnie autobusy. Są wyraźnie inspirowane indyjskimi, w środku są zabezpieczone metalowymi pałami. Co ciekawe, na Sri Lance nie ma jako takich przystanków. Autobus po prostu zwalnia lekko i wtedy można wyskoczyć albo wskoczyć do pojazdu. Tylnie siedzenia najczęściej są zarezerwowane dla młodzieży płci odmiennej, która nierzadko ma jedyną szansę (poza kinem) na publiczny kontakt ;) 



9. Ruch uliczny to fenomen. To naprawdę trzeba zobaczyć. Nie obowiązują żadne zasady (oprócz naczelnej, że ruch jest lewostronny. Z założenia.  W praktyce to wygląda tak, że każdy jedzie aby do przodu, trąbienie nie ustaje...ale jakimś dziwnym trafem w ogóle nie ma wypadków. Słuchajcie! no żadnego nie widziałam. To jest nieprawdopodobne!. 
A to trąbienie to ma większy sens! Wcale nie jest oznaką zniecierpliwienia tak jak u nas... po prostu kierowcy ostrzegają, że jedzie - w przypadku autobusu coś większego - więc trąbi, żeby inni zachowali się odpowiednio - czyli zjechali, ustąpili mu miejsca. 


10. Praca 

Sri Lanka jest biednym krajem. Bieda ma tu inny wymiar niż w naszym rozumieniu. Inne są też potrzeby mieszkańców. 
To co mi się niesamowicie podoba to odchodzenie od żebrania na rzecz pracy! Tak jak w Tajlandii - trudno sobie wyobrazić jakie są mogą być "zawody" - a na przykład pilnowacz butów przed świątynią, asystent kierowcy, wszelkiej maści sprzedawcy - od owoców, warzyw po sztuczne kwiatki, po panów wciągaczy - którzy za drobną opłatą pomagają (wciągają) turystów na strome górki..., po karmicieli różnych zwierząt, no naprawdę mam wrażenie, że ogranicza ich tylko wyobraźnia. I to jest piękne! bo Ci ludzie, nie żebrzą, tylko pracują. Fakt, że trochę są natrętni czasami ale to ich być albo nie być. Ja to szanuję. I to bardzo. 
Lankijscy rybacy - to zdjęcie to tak naprawdę czysta komercja, ale czy komuś to przeszkadza? Osądźcie sami. W dawnych czasach, faktycznie w taki sposób poławiano ryby. Teraz ponoć czasem wczesnym rankiem albo późnym wieczorem można spotkać jeszcze prawdziwych rybaków ( choć wątpię). Ci Panowie których widać na zdjęciu to ...aktorzy. Wynajmują te pale od rybaków przez cały dzień odgrywają rolę i tym sposobem zarabiają i oni i właściciele pali. Biznes się kręci. A czy to tak źle to według mnie nie - obie strony korzystają. I ludzie pracują. Dość powiedzieć, że jeden z Panów miał trisomię. 


 11. Zdrapki

Lankijczycy uwielbiają zdrapki, wszelkiego rodzaju loterie. Są dosłownie na każdym kroku! Grają wszyscy od dzieciaków, po stateczne matrony.


12. Arak  - ten krzyżówkowy alkohol to tu numer 1. Warto jeszcze powiedzieć, że alkoholu nie można tak po prostu kupić na Sri Lance. Nie znajdziesz go w sklepie spożywczym. Są specjalnie sklepiki, za żelazną kratą. Kupując alko masz wrażenie, że to jakby nielegalne.. ale tylko jakby. Niemniej ciekawe przeżycie.



13. Wróżby i przesądy.
Buddyzm, buddyzmem ale powróżyć nie zaszkodzi. Lankijczycy są bardzo przesądni. Wierzą
w horoskopy i wróżby na tyle mocno, że jeśli horoskop jest niekorzystny to zaniechają danej pracy. 
Każdego dnia, nasz kierowca (wyborny!) odpalał kadzidełka na autobusie, żeby podróż była bezpieczna. Można wierzyć albo nie wierzyć ale pewnego dnia - Pan, który zbierał toddy (sok z palmy kokosowej) - widzicie go patrząc na te liny rozpostarte pomiędzy palmami - zazwyczaj śmigał po nich....tego dnia bardzo, bardzo źle mu szło.. w końcu odpuścił sobie. W tym samym dniu, koleżanka i kolega stracili okulary podczas silnych fal na oceanie. Kogoś dotkliwie ugryzła mrówka a na samo zwieńczenie felernego dnia ja wyrżnęłam jak długa i starłam sobie kolano.. Na pewno był zły horoskop. Bankowo!



14. To nie jest pranie!

Dla większości to nie będzie ciekawostka...ale słysząc jednego pana, który zadał pytanie - po co fotografujesz pranie to spieszę donieść, że to nie pranie... to modlitwy :) bardzo popularne w Indiach czy Tybecie. 


15. Wrony!

Powiedzmy sobie szczerze, jadąc na Cejlon nie spodziewałam się, że na plaży albo nad basenem będą towarzyszyć mi wrony! Spodziewałam się bardziej egzotycznych ptaków hehe. Głośne i bezczelne - tak jak  nas. 



Jak mi się jeszcze coś przypomni, będę uzupełniać :) 

2/09/2019

Smaki Sri Lanki

Smaki Sri Lanki
Przygodę zaczynamy od wody z kokosa - uwielbiam! To najlepszy pod słońcem izotonik. Doskonale nawadnia i nieodmiennie powoduje u mnie wieeelkiego banana na twarzy. Poza tym obserwacja jak lokalsi sprawnie machają maczetą jest ogromnym przeżyciem. Po wypiciu wody, od razu dostajemy wystruganą z łupiny "łyżeczkę" i skrobiemy sobie miąższ na zdrowie:) czysta rozkosz!

Smaki Sri Lanki to przede wszystkim przyprawy...kumin, kardamon, kurkuma, chili, liście curry, cynamon.. sprawiają, że potrawy nabierają niesamowitego aromatu i smaku.
Dominuje tutaj królestwo dhali i curry - z czym tylko sobie zamarzycie. Ja wybierałam potrawy bez mięsa....zachwycałam się fantastycznym curry z chlebowcem, z bakłażanem...cudownym sambalem, genialnymi rotti.. Falafele akurat średnie ;)
Tam jest po prostu raj dla wegetarianina - warzywa są piękne, duże, dorodne aż oczy jedzą :)


Niezapomnianą przygodą kulinarną (i nie tylko) była wizyta w tradycyjnej lankijskiej wiosce. 
Poczęstunek zaczął się od odkażenia ;) hehee - zostaliśmy poczęstowani arakiem (w łupince kokosa, którego wcześniej zjedliśmy) 



Potraw było o wiele więcej, po prostu nie miałam głowy, żeby potem robić zdjęcia hehe..
Te chrupki to papadamki - no wielbię po prostu. Jadłam codziennie.


Tradycyjnie, jedzenie dostaliśmy na liściu palmowym (czyż to nie fantastyczny sposób, żeby nie zmywać ;) no i ekhm, ekhm eko przecież). Cudowną, fantastyczną przygodą było dla mnie jedzenie palcami. Tak, tak wiem bakterie itp. - no jakoś nic mi się nie stało. Dla opornych były normalne sztućce ale uważam, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować. I było genialnie:) 


Oczywiście pierwszy raz zupełnie mi nie szło ;) Poprawnie, trzeba ugniatać wszystko razem w małe kulki i wkładać do buzi tylko trzema palcami a nie całą ręką :) ale ile zabawy było, to moje!


Miałam też okazje spróbować tradycyjne lankijskie ciasteczko - w wersji na słono, z liśćmi curry - smakuje bardzo podobnie jak nasze chrupki do smażenia - kratki. Nie zostałam fanką.



A widzieliście jak wygląda świeżo zerwana gałka muszkatołowa? a tak:



Pierwszy raz w życiu jadłam również rambutany :) coś jak liczi, tylko większe :)


Absolutną nowością było dla mnie skosztowanie owocu Czerymoja - inaczej Anony. Śmieszne, bo większości ludzi kojarzy się on z czymś obrzydliwym. Porównywano go do upieczonego mózgu, spleśniałych wnętrzności, itp. 



A to jeden z najsmaczniejszych owoców świata! Dla mnie to jakby połączenie daktyli i bananów. Innym natomiast smak kojarzył się z budyniem waniliowym! W każdym razie warto odrzucić stereotypowe myślenie i poznawać nowe smaki, bo mogą nam umknąć nie lada smakołyki. 


Oczywiście jadłam o wiele, wiele więcej ale kto by tam pamiętał o robieniu zdjęć.

Koniecznie muszę też wspomnieć o herbacie, którą piłam podczas wizyty na jednej z plantacji herbat. Albo nie, to będzie oddzielny temat...bo nawet nie wiecie (ja też nie wiedziałam) jak rozpoznać dobrą herbatę, jak wygląda kwiat herbaty i czym ten biznes jest podszyty.

O smakach Tajlandii - przeczytacie tutaj - klik  a owocach tutaj - klik 
A na Instagramie jest więcej - klik

2/07/2019

Domowe sposoby na przeziębienie

Domowe sposoby na przeziębienie
Jestem ostatnio mocno pociągająca. Nosem. Spotkał katar Małgorzatę. Małgorzata również kaszle i raz, czy dwa miała dreszcze. I gorączkę nieznaczną, opanowaną przez Polopirynę S. 
Przeziębienie łatwo jest mylone z różnymi grypopochodnymi wirusiskami. Nie każdy katar i nie każdy kaszel to punkt wyjścia do antybiotyków. Umówmy się, najłatwiej łykać prochy a potem jojczyć, że nie pomagają i że nic nie dają. Jeśli je nadużywamy to na pewno się w jakiś sposób uodporniamy na ich działanie. Oczywiście, że w przypadku pogorszenia stanu zdrowia albo gdy nie jesteśmy pewni konieczna jest wizyta u lekarza. Mam to szczęście, że moja lekarka rodzinna bardzo ostrożnie ordynuje antybiotyki, ale znam takich, którzy przypisują to "szczęście" jak witaminy. Lek na wszystko.
Temat rzeka.
Wczoraj na Instagramie pokazałam jak moczę nogi w gorącej wodzie z musztardą i dostałam kilkanaście pytać - o co chodzi...czemu z musztardą? 
Podpytałam też co ludzie polecają jako domowe sposoby na przeziębienie. Postanowiłam zebrać je w jednym miejscu.




1. Moczenie nóg w gorącej wodzie z musztardą - nie, nie zwariowałam. Chodzi tutaj o gorczycę. Oczywiście lepiej byłoby zmielić, lub rozdrobnić ziarenka gorczycy ale kiedy nas przypili to śmiało można dodać musztardę. Taka kąpiel bardzo szybko rozgrzewa. Grube skarpety na nogi i katar przechodzi dużo szybciej i nie jest taki uciążliwy.

2. Na pocenie się  - znacie na pewno stare przysłowie, że chorobę trzeba wypocić - coś w tym jest! Napotnie możemy pić herbatę malinową (a najlepiej z gałązek malin), napar z lipy, gorące mleko z miodem, herbatę z imbirem i cytryną.

3. Na kaszel - ludzie polecają syrop z cebuli (ja akurat nie dam rady tego przełknąć), stosuję ACC Optima oraz sole emskie - do kupienia w aptece.

4. Czosnek! Naturalny antybiotyk - można się śmiać ale naprawdę mocno wierzę w jego skuteczność. Ja zjadam na żywca, na chlebie z masłem. Codziennie. Żeby nie mieć "trampka" w buzi po jego zjedzeniu polecam zjeść kawałek jabłka. Nie śmierdzi i jest okej.

5. Na ból gardła - niezawodnym sposobem dla mnie są płukanki w wodzie z solą na przemian z wodą z sodą oczyszczoną. 

6. Na katar - oprócz wspomnianej gorącej, musztardowej kąpieli, płukanie nosa solą fizjologiczną i inhalacje z wodą z solą i/ lub olejkami - eukaliptusowym, sosnowym, rozmarynowym, tymiankowym itp. 

7. Przyprawy - imbir, kurkuma, cynamon - najlepsi przyjaciele, którzy pomagają organizmowi w walce o przetrwanie. 

8. Jedzenie - wiadomo, że odporność zaczyna się w jelitach. Kiedy jestem osłabiona jem dużo kaszy jaglanej. Bardzo, bardzo polecam. W każdej formie. 

9. Pić - trzeba pić, dużo! Wody, ziół (ja piję pokrzywę dwa razy dziennie), herbatki malinowe, lipowe. 

Dziewczyny polecały także:
- syrop z mniszka lekarskiego, 
- czarnuszkę (olej i ziarenka), 
- grzaniec z przyprawami, 
- szoty z kurkumą i cynamonem.

4 dni - i koniec kataru, jeszcze trochę kaszlę ale czuję się o wiele, wiele lepiej. Udało się uniknąć nawet kropli do nosa ;)

A jakie są Twoje, domowe, babcine sposoby na walkę z przeziębieniem?
Copyright © 2014 77fantasmagorie77 , Blogger