4/26/2015

Wspomnienie z Ciechocinka


Kiedy dowiedziałam się, że pojadę do sanatorium w Ciechocinku nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać.
Miałam w sumie jedno skojarzenie - Maxi Kaz...wiecie tabuny starszych ludzi smętnie poruszających się na okolicznym deptaku...
W zasadzie moje wyobrażnie nie odbiegało od rzeczywistości...
Miałam dwa wyjścia albo rozpaczać albo spróbować odnaleźć się w tej trzytygodniowej rzeczywistości..

Every day for us something new
Open mind for a different view
And nothing else matters



Zapraszam więc do podsumowania wyjazdu...do Ciechocinka moimi oczami ;) 

Z góry przepraszam za jakość zdjęć - wszystkie zostały zrobione telefonem, nie brałam aparatu myśląc, że nic ciekawego tam nie zastanę...



 Najbardziej charakterystyczne dla Ciechocinka są fontanna "Grzybek" - zbiorczy punkt spotkań wszystkich kuracjuszy, miejsce inhalowania się wodą solankową i doskonały punkt obserwacyjny - kto z kim i z jaką różnicą wieku ;)
Szczerze myślłam, że te inhalacje to taki pretekst do spotykania się właśnie tam ale faktycznie po tym jak czarna kurtka zrobiła się siwa a ja miałam na ustach solny posmak, potwierdziłam ten zdrowotny aspekt.




Zafascynowały mnie tężnie. Ponoć w Innowrocławiu są piękniejsze, ponoć doskonalsze..możliwe..
Niemniej te ciechocińskie wywarły na mnie duże wrażenie. Zabudowa z drewnianych pali, tarnina przez którą sączy się solankowa woda (ta sama co w grzybkowej fontannie. Sepcyficzny klimat bardzo korzystnie wpływał na moje samopoczucie. Spacer dookoła był codziennym punktem programu mojego dnia.
 Pokusiłam się nawet o wdrapanie na widok tarasowy ale jakoś mnie nie zachwycił..może w lecie kiedy można się opalać jest to fajniejsza atrakcja.


Spacery. Śmiało mogę powiedzieć, że się "zaspacerowałam". Dawno nie czułam takiego przypływu sił witalnych. Chdziłam całe godziny, odkrywając piękno okolicznej przyrody. 

 Zawędrowałam nawet na Wisłę. Choć 7 km samotny spacer (w jedną stronę ) wałem przeciwpowodziowym na chwilę przed burzą wydaje mi się teraz małym szaleństwem/głupotą..


Główny deptak miasteczka jest wyjęty z filmów Barei... Socjalistyczne akcenty przypominają o wartościach tamtej epoki...jak na przykład posąg matki - polki z potężnym udem (współczesne matki-rodzicielki mogą czuć się oburzone hehe)



Przyznaję się, że szukałam ciekawostek trochę na siłe...jak na przykład "gwiazda" Bońka...noszę rozmiar 40 a propos ;)

Rekompensatą dla właśnie trwającego remontu w sanatorium.. /Tak - to moje szczęście - pojechać raz w życiu do sana i trafić na kompleksowy remont ;) / była darmowa wycieczka do Torunia a jej główną atrakcją odwiedzenie Muzeum Piernika.


Toruń jest prześlicznym miastem. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się. Kojarzył mi się właśnie z tymi piernikami i radiem maryja...na ten drugi aspekt spuszczę zasłonę milczenia (dość powiedzieć, że mało autokar się nie przewrócił kiedy wszystkie staruszki chciały pyknąć fotę rezydencji ..)


 Warsztaty piernikowe były świetną zabawą dla wszystkich. Mój gnieciuch gdzieś się zapodział ale nie rozpaczał za bardzo z tego powodu. Była frajda :)


Teatr w Toruniu ma kształt szafy :)



Zabiegi które miałam w sanatorium były doskonałe (okłady borowinowe, bicze szkockie, prądy interferencyjne, basen solankowy, masaż) i wypełniały czas do południa..
Po południu tak jak wspomniałam chodziłam na spacery, chodziłam i chodziłam do kolacji a wieczorami były tańce, oglądanie tv na dole, czasami jakieś koncerty.
Nikt, absolutnie nikt ze znajomych nie uwierzyłby mi do jakiej muzyki się bawiłam...do teraz płonę rumieńcem ze wstydu ale traktowałam je jako ćwiczenia na dobranoc hehe :)
Sznurek adoratorów rozwiązał się kiedy jako młodzież (sic!) powiedziałam, że ja tańczę tylko solo :)

 Powrót do pokoju był czasem creepy...


Nie wiedzieć czemu wszyscy uważali że jestem małolatą. Nie przeszkadzało to sanatoryjnym tygryskom szablozębnym na zaloty = a to na spacer, a to na tańce, a to na baseny, a to na wiewiórki, a to na wycieczki, a to na kawę, a to na podglądanie ekipy filmowej (kręcili Ekscentryków z młodym Sthurem - bufoniasty trochę). 
Jak to mówią kto szuka w sanatorium ten znajdzie - w zależności od prefernecji. Tworzyły się więc dziwaczne pary ale generalnie mój turnus był mocno zaawansowany wiekowo.


Najważniejszym jednak punktem wyjazdu było spotkanie dwóch fanstastycznych kobiet, które niezależnie od wieku zachwyciły mnie swoim wdziękiem, otwartym umysłem i postawą godną do naśladowania.
Z Jagodą przemierzałam długie kilometry odkrywając na nowo, że bycie kobietą cieszy w każdym wieku. Była dla mnie inspiracją, że warto dbać o siebie i najważniejszym w życiu jest szacunek do samego siebie.


Z Mirą połączyło nas pokrewieństwo dusz. Przyjaźń nie zna granic wieku. Dawno nie spotkałam tak wyjątkowej i wspaniałej osobowości. Otwarty umysł na nowe doświadczenia, własne przekonania. Identyczny stosunek do wiary, do wartości,  do cierpienia zwierząt, do zabawy i rozrywki sprawiło, że każda chwila spędzona z Nią była dla mnie wyjątkowa. To dla mnie ogromny zaszczyt spotkać Ją na swojej drodze. Dołożę wszelkich starań by ta znajomość nie zgasła.




Wyssałam z tego wyjazdu co tylko było można. Podratowałam swoje zdrowie, wzmocniłam się po operacji, zobaczyłam kawałek Polski dla mnie dotychczas nieznany ale przede wszystkim poznałam dwie wspaniałe osoby, które uświadomiły mi że warto pozostawić otwarty umysł na nowe doświadczenia, mimo, iż pozornie może się wydawać, że nic nas nie spotka ciekawego.

Ps. Na odtrutkę słucham teraz swojej muzy (okazało się bowiem, że mp3 zwariowała i miałam nagraną Sade 456 razy to samo) a Kindle się rozładował podczas transportu i nie miałam co czytać.

I tak zleciał mój turnus...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za każdy komentarz..Twoja opinia czy luźne spostrzeżenia są dla mnie cenne i mobilizujące.
Staram się odpowiadać na każdy komentarz i jednocześnie zaglądać do osób piszących..

Copyright © 2014 77fantasmagorie77 , Blogger